Warstwy zimna

Read more

Warstwy zimna

13 October 2024

Bałam się i chciałam pasować. W tym stanie wszelkie obronne warstwy wytwarzały się same, bezwiednie, niepostrzeżenie i tak sprytnie, że przez długi czas nie zauważałam nawet, że nie są mną. Cieszyłam się z nich nawet jak z nowych narzędzi do jeszcze bardziej udanego normalnego życia, jeszcze lepszych mechanizmów obronnych, jeszcze spokojniejszego pogodzenia się z tym, że jest jak jest i nigdy nie będzie inaczej. 

Za murem, w tym trzymanym pod kloszem getcie kotłowało się coś, czego - z perspektywy konstrukcji wybudowanych wokół - bałam się i wstydziłam. Wszystko co tam, było nieprzewidywalne, dzikie, zmysłowe, nie do pogodzenia z chłodną konstrukcją, która czuwała nad tym by cały ten ferment nie zagotował się tak, by doszło do eksplozji.

Dlatego czasami dawałam sobie upust, musiałam. Każda z nas chyba pamięta te momenty ze swojego życia. Chwile wyławiane z szarej rzeki dni, kiedy kogoś nie było w domu, albo nas. Ubrania chowane w najpilniej strzeżonych schowkach, często dość wybujałe i mocne, żeby można było się nażyć i wyżyć, kiedy wreszcie choć na chwilę będzie można tak bardzo być sobą. Potem wyrzuty sumienia i wyrzuty ubrań. Mocne postanowienia poprawy i opanowania żywiołu, w jakiś wieczór, gdzie po kryjomu wyrzucasz do kosza kiecki i bieliznę, znów sobie obiecując jakieś męskie historie, po to by za jakiś czas poczuć znowu i znowu i znowu, że dalej nie mogę, bo się uduszę, bo się rozpadnę od środka, wybuchnę swojemu fałszywemu życiu w twarz, jak przetrzymany granat.

Ja też oszukiwałam się, że coś innego zastąpi mi siebie, że może tak naprawdę to nie chcę być sobą, ale potrzebna jest w moim życiu kobieta, może drzewo. może dom, może syn. A może sporty grupowe pomogą mi siebie odnaleźć, a może siłownia, a może toksyczny przyjaciel z dzieciństwa, który w wojsku zrozumiał co się naprawdę liczy? Budowałam wokół siebie kolejne konstrukcje, kolejne więzienia i obozy pracy, które miały mi pomóc, uregulować mnie jak rzekę, zaprząc do pożytecznych męskich spraw.

Za każdym razem wydawało się nawet przez moment, że to jest to. Że o to chodziło, że oto święty Graal i kamień filozoficzny w jednym zostały odnalezione, a ja odnalazłam się w nich. Wtedy łatwo było o dzikie tańce nad trumną. Umarła królowa, niech żyje król.

Tyle, że po pewnym czasie, jak głośna muzyka każdej nowej sprawy w końcu przycichała i zamieniała się w stały rytm życia, okazywało się, że radość z zabicia Freddy'ego Krugera była przedwczesna. I on wróci do Twojego snu, by Ci pokazać jak jest naprawdę. Że nie ma ucieczki i że Twoją wewnętrzną muzykę, tę jedyną i niepowtarzalną, da się wprawdzie na jakiś czas zagłuszyć wrzaskliwym "Bumtarara", ale zaraz zmyjesz je z siebie, jak przenoszony makijaż zombie na imprezie, na którą poszłaś bo wypadało.

 *

Nie potrafię nigdy odpowiedzieć na pytanie od kiedy wiedziałam. Nie potrafię  też odpowiedzieć na pytanie, kiedy tak naprawdę zdałam sobie sprawę, jak bardzo sztuczna jest postać, którą gram w mojej grze w życie. Jak bardzo składa się z warstw izolacji. Być może ten jeden decydujący moment nigdy nie nadszedł. Może mój wewnętrzny kocioł jednak kiedyś po cichu sobie wybuchł, przekopał kanał i wyciekł, oszukując wszystkie wymyśle mechanizmy kontroli. Małe kolorowe kropelki zaś wsiąkały powoli w kolejny dzień, nasączając go od środka, trawiąc i poznając, by zacząć powoli rozmontowywać całą tą wewnętrzną linię Maginota, kilometry zasieków i betonu, które jednak udało się podejść i obejść.

Kiedyś spotkałam się w Paryżu, z poznaną przez Facebooka Maëlle. Była właśnie po zmianie danych, opowiadała mi o swoim nowym prawdziwym życiu, o tym, że jeszcze tylko w pracy pozostaje po staremu, bo ma kontakty z wieloma klientami i te wszystkie coming-outy są jednak chyba zbyt ryzykowne, więc raczej zmieni pracę by zacząć już na czysto. Bardzo jej zazdrościłam i mówiłam - na tamtym etapie - nie, ja nie podejmuję tranzycji, bardzo bym chciała, ale praca, dom, rodzina, całe to uwikłanie. Może po prostu będę łowić momenty bycia sobą, tu i tam sobie pojadę, przejdę się w sukience po starówce w Troyes (nikt mnie tam nie zna). 

- Mylisz się moja droga i zrozumiesz to z czasem. Tranzycja to nie tylko operacja, hormony czy zmiana danych, to jest tylko nagły kwiat, na wierzchołku góry lodowej. Tranzycja to jest wszystko co Cię do tego momentu doprowadza, nawet jeśli to dzieje się podwodnie i podziemnie, w krótkich chwilach, małych momentach, myślach, na których się złapałaś, drobnych decyzjach, które będą miały dalszy ciąg z dużo większym rozmachem, aż osiągniesz ten punkt, w którym poczujesz, że wszystkie klocki wpadają na miejsce, czego Ci bardzo życzę. 

Wypiłyśmy tej nocy dwie butelki białego wina i pożegnałyśmy się jak najlepsze przyjaciółki.

*

Warstwy zimna, zardzewiałego, ściętego mrozem żelastwa, stają się dzień po dniu słabsze i bardziej bezbronne. Zaczęłam właśnie mozolny proces oddzielania tego od siebie, rozpoznawania, co jest mną, a co nigdy mną nie było, destrukcji - jednej po drugiej - machin składających się ze słów, zachowań, nawyków, automatów cenzurujących... Wszystko to rozbieram śrubka po śrubce, wypinam z gniazd, amputuję, wyrywam z korzeniami jeśli trzeba. Na powierzchni wygląda to dużo zwyczajniej. Ten blog nie będzie o warstwach, będzie o tym co widać i co można łatwiej i prościej opisać jako  trzy drogi. Z jednego kraju do drugiego, z jednej pracy do drugiej, z kogoś innego do siebie.

---